Ben Lawers i Beinn Ghlas

 Obowiązki rodzicielsko-pływacko-sędziowskie nie pozwoliły mi wyskoczyć w góry w ostatni weekend. I to smutne jest trochę. Przypomniała mi się jednak trasa, którą wykonałam w zeszłym roku, a o której nic tu nie powiedziałam... no to mówię, tak dla polepszenia sobie nastroju.



To był sierpień. Możnaby tu zacytować klasyka "pogoda prześliczna, wszystko stało w złocie i czerwieni", a w naszym przypadku w lilakach i różu, bo wrzos kwitł na potęgę. Przyjechaliśmy na początek trasy dzień wcześniej, już dobrze po 20:00 było. Namiot więc rozbijaliśmy po ciemku i z ranka, rześcy i gotowi ruszyliśmy w drogę. Znaczy trochę wkurzeni, bo zapomniałam kawy z domu zabrać i nie było porannej parzuchy. Później okazało się, że brak kawy nie będzie naszym jedynem problemem. No nic. W górę.




Plan zakładał wejście na Ben Lawers, po drodze zaliczając jeszcze Beinn Ghlas. Dwa Munros za jednym zamachem. No to idziemy. Pogoda przepiękna. Słoneczko daje od rana. Prawie zero wiatru. Mimo braku kofeiny idzie się cudownie. A wokół widoki wszędzie. Gdzie nie spojrzysz - ładnie.




Tak gdzieś po pierwszym kilometrze zaczęło wiać. Nawet nie zauważyliśmy kiedy. A im wyrzej to oczywiście gorzej. Po drugim kilometrze dołączył deszcz i chmury. Na to byliśmy przygotowani więc przeciwdeszczówki wjechały, ale wiatr po prostu zwalał z nóg i zatykał dech w płucach. Koło trzeciego kilometra Tomasz stwierdził, że nikt mu za to nie płaci i on zawraca. Ja spojrzałam na mapę, że jeszcze tylko jeden kilometr i chociaż na Beinn Ghlas wlezę. No i poszłam. 


Determinacja i pewnie trochę głupota pomogły mi wdrapać się na górę. Ścieżka prowadzi wąskim, stromym grzbietem, a północny wiatr się nie patyczkował. Wiał niemiłosiernie i smagał batami raz po raz, ale wlazłam. I nawet chmury doceniły moje wysiłki bo rozstąpiły się na chwilę, żeby zaśmiać mi się w twarz i pokazać Ben Lawers, na któego dziś nie dojdę.



Czas było schodzić. Po raz pierwszy od dawna miałam trochę stracha. Schodziłam pochylona prawie cały czas w prawo, żeby zbalansować siłę północnego wiatru. Dopiero kiedy doszłam do małego wypłaszczenia, nerwy się uspokoiły, wiatr zelżał i mogłam już bez stresu cieszyć się drogą.


Z każdym krokiem było więcej słońca, chociaż czarne chmury czaiły się na północy. Szkoda, że nie udało się poznać Ben Lawers, ale i tak było warto.


Myślę, że trasa jest popularna. Mimo, że zaczęliśmy dość wcześnie , kilkoro wędrowców już było na szlaku. No i nie dziwię się. Jest tu na co patrzeć.

Miało być 11km i dwa Munros, było niecałe 8km i jeden górek. Ale i tak cieszę się, że go poznałam.

Pa, pa!


***















Komentarze

Popularne posty