Ben Lawers i Beinn Ghlas
Obowiązki rodzicielsko-pływacko-sędziowskie nie pozwoliły mi wyskoczyć w góry w ostatni weekend. I to smutne jest trochę. Przypomniała mi się jednak trasa, którą wykonałam w zeszłym roku, a o której nic tu nie powiedziałam... no to mówię, tak dla polepszenia sobie nastroju. To był sierpień. Możnaby tu zacytować klasyka "pogoda prześliczna, wszystko stało w złocie i czerwieni", a w naszym przypadku w lilakach i różu, bo wrzos kwitł na potęgę. Przyjechaliśmy na początek trasy dzień wcześniej, już dobrze po 20:00 było. Namiot więc rozbijaliśmy po ciemku i z ranka, rześcy i gotowi ruszyliśmy w drogę. Znaczy trochę wkurzeni, bo zapomniałam kawy z domu zabrać i nie było porannej parzuchy. Później okazało się, że brak kawy nie będzie naszym jedynem problemem. No nic. W górę. Plan zakładał wejście na Ben Lawers, po drodze zaliczając jeszcze Beinn Ghlas. Dwa Munros za jednym zamachem. No to idziemy. Pogoda przepiękna. Słoneczko daje od rana. Prawie zero wiatru. Mimo braku kofeiny idz...