Mount Battock





To była ostatnia majowa wycieczka. Odkładałam ją już długo, bo opis trasy nie brzmiał szczególnie zachęcająco, ale potrzebowałam czegoś niezbyt daleko, bo do dyspozycji było tylko parę godzin, no więc Mount Battock.

Parkujemy tu, w otoczeniu kwitnącego jaśminu (w maju) i przy dzwiękach strumyka. 


Z parkingu droga w prawo, mijamy odrestaurowany budynek młynu, niestety na potrzeby mieszkalne, już nie działa jako młyn i dalej drogą aż do rozwidlenia i tu w prawo...





...Przez metalową bramę i prosto w stronę lasu. Droga leśna, żwirowa, ubita. Idziemy w jakby zboczem w towarzystwie strumienia Loch Turret. 

Są i one, oczywiście, nie mogłoby zabraknąć beee....



Przechodzimy przez małe rozlewisko (jest mostek) i dalej do przodu przez około 2km.


Całkiem miło jest i nawet zielono, Znaczy no nie przesadzajmy. Zielono jak to w Szkockich bezleśnych prawie górach.


Dochodzę do kolejnego strumyka, płynie pod drogą. Tu droga się rozgałęzia, ja idę prosto, czyli pod górę i w lewo. 


Widoki z tyłu na dolinę.


I wiatr we włosach !







Na około 5km dochodzę to serii dziwnych kamiennych budowli. W internecie wyszukałam, że są to "grouse butts" czyli takie miejsca z których strzela się do cietrzewi, głuszców i innego dzikiego ptactwa. Mówią, że to sport.



Idziemy dalej. Momentami droga jest stroma, a buty ślizgają się na drobnym żwirku i kamykach. Po 6km przechodzimy przez bramę z kratownicą, co by owce nie zwiały i chwilę póżniej skręcamy ostro w prawo. To już nie daleko, ale stromo. 500m dalej schodzimy z głównej drogi w prawo, w trawiastą ścieżkę, a póżniej w lekkie obniżenie


I to już ostatnia prosta w górę, bo za chwilę Mount Battock i wiatrochron, któy przydał się bardzo. Tym razem bez kawki... spieszyłąm się żeby tu dotrzeć no i zapomniałam. Co za niedopatrzenie!


Wierzchołek Mount Battock jest dość płaski i rozlegly więc widoki są spłaszczone. Tu Clachnaben majaczący na zachodzie, odwiedzany przez nas niejednokrotnie.


A tu ja po zmianie garderoby, bo mokra byłam jak pies, a na górze zimno się zrobiło no i wspomożenie w postaci czekoladki, ale czarnej!





I z górki na pazurki tą samą drogą. Jest też jakaś inna opcja, ale nie chciało mi się kombinować i nie miałam czasu na błądzenie. Także hopsa hopsa w podskokach na dół. Żartuje. Trochę byłam zmęczona, a ten żwirek zdradliwy, więc ostrożnie w dół.



W drodze powrotnej dwa ptaki starsznie się na mnie darły. Pewnie przechodziłam koło ich gniazd. Jak znajdę gdzieś ich nazwy to dorzucę tu. Próbowałam zrobić zdjęcia ale mój sprzęt nie jest az tak genialny, a one szybkie były skubane. Latały w parach i darły się w niebogłosy. A ja przecież nie po ich jajka tu przyszłam.


I w takich to okolicznościach przyrody, po zrobieniu 15km i wdrapaniu się 670m w górę oraz w dół, Mount Battock (cóż za wdzięczna nazwa) został odhaczony na liście Szkockich Corbetts. 
Fajna trasa w sumie, trochę zbyt zurbanizowana jak dla mnie i wygląda, ze wkrótce jakieś wiatraki tu zawitają niestety. No cóż, postęp! Mam nadzieję, że się mylę.




***

A spieszyłam się tak bardzo, że nawet kawy zapomniałam, bo wieczorem brałam udział w otwarciu wystawy, do której to powstania również się trochę przyczyniłam.

 


Szesnastu mniejszych i większych entuzjastów malarstwa, pod kierunkiem Marty Surowiec, wzięło udział w projekcie "Dziewczyna z kolczykiem z perłą", gdzie kopiowaliśmy słynny obraz Vermeera i zgłębialiśmy tajniki jego malarstwa. To była świetna zabawa, zwieńczona wystawą w Sir Duncan Rice Library University of Aberdeen.
Ta da!


















 

Komentarze

Popularne posty